Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

02 września 2011

Kompania - część 5

27 minut. Tyle czasu potrzebował Wierzba na rekonesans. 27 minut w trakcie, których zastanawiałem się, które ze strzałów należały do naszych czujek, a które do żołnierzy z innych drużyn. Niestety Biały miał mniej szczęścia, Wierzba wracał sam. Przeskoczył przez barykadę i szybko zameldował się Kapralowi, który właśnie ze mną rozmawiał.
- Cholera, Kapral. Tam jest ich tyle, że nie damy rady.
- Biały? – spytałem ale Wierzba tylko pokręcił głową.
Kapral bez słowa wspiął się na barykadę, spojrzał w ciemność, po czym wrócił do nas i powiedział.
- Nie ma co tu czekać za długo to trwa. Uderzymy albo się przedrzemy albo… albo nie. Wierzba jak myślisz ile do jest do wyjścia?
- Nie wiem. Biegiem? Kilka minut o ile nie pomylimy korytarzy.
- Dasz radę?!
- Spróbuje Kapral.
Kapral zebrał nas na prędze. Ustawiliśmy się wokół postaci dowódcy. Każdy z nas zdawał sobie sprawę w co wdepnęliśmy i nikomu nie było do śmiechu. W tle co raz słychać było kolejne odgłosy wystrzałów, wydawało mi się że były jakby intensywniejsze.
- Dobra. Nie będę się rozwodzić – rozpoczął Kapral – mamy jedną szanse. Każdy z was wie kogo ma się trzymać, trenowaliśmy już to. Ogień ciągły, każdy korytarz ma być pokryty ogniem. Postarajcie się nie pozabijać jeśli nam się uda to za parę minut będziemy na powierzchni. Wierzba i Staszek prowadzą… panowie śpieszymy się więc tak konkretnie… wiecie na pełnej kurwie!
Ustawiliśmy się w szyku Wierzba pierwszy, ja za nim, później reszta chłopaków. Wiedziałem, że większość z nas nie ma szans na wyjście z tego żywymi. Po pierwsze tubylcy, a nawet jeśli udało nam by się gdzieś tam przy wyjściu jest reszta naszych którzy nie mają kontaktu z nami i mogą nas przez przypadek wystrzelać.
- Ruchy! – krzyknął Kapral.
Nie miałem czasu na zastanawianie się. Ruszyliśmy. Z Wierzbą przykryliśmy ogniem pierwszą odnogę biegnącą od naszego korytarza
- Kurwa! Oszczędniej! – krzyczał Wierzba.
Zacząłem strzelać krótkimi seriami by oszczędzać amunicję. Słyszałem parę jęków więc o dziwo nasz ogień zaporowy okazał się w miarę skuteczny.
- Koniec amunicji! – krzyczał Wierzba. Rzuciłem mu mój przedostatni magazynek.
Biegliśmy.
- Uważaj! – krzyczał ktoś z tyłu chyba był ranny.
- Postrzeliłeś mnie debilu!
Nie słuchałem. Parliśmy do przodu. Starałem się w biegu wymienić magazynek na mój ostatni ale jakoś nie dawałem rady gdy na chwilę przystanąłem poczułem tylko popchnięcie w plecy.
- Szybciej! Ruchy Stachu! Kurwa! – krzyczał Kapral co raz precyzyjnie wymierzając strzał.
Biegliśmy korytarz za korytarzem. Ostrzał póki co powstrzymywał tubylców aczkolwiek podchodzili coraz bliżej. Wierzbie chyba skończyła się amunicja gdyż kilku ostatnich tubylców potraktował kolbą. Co raz musieliśmy przeskakiwać nad czyimiś zwłokami, słyszałem jak chłopaki z tyłu krzyczą. Na pewno kilku było rannych, chyba jakiś nie żył. Nie wiem… Kapral nie pozwalał się zatrzymywał. Krzyczał na nas jak opętany, nigdy nie widziałem go w takim stanie. Nigdy nie widziałem jak pozwolił poświęcić tylu chłopaków.
- Bohdanczuk! – Kapral krzyknął tuż po tym gdy zastrzelił tubylca tuż przed nim – Łap! Teraz ja prowadzę!
Zobaczyłem jak Kapral rzucił mu swoja bronią. Co on do cholery robi? Zastanawiałem się. Kapral wyjął nóż i parł do przodu. W korytarzach robiło się coraz widniej, opór tubylców był coraz mniejszy. Chyba nam się udało. Wyjście. Wszyscy byli szczęśliwi. Obejrzałem się do tyłu. Strzeliłem kilka razy. Nie widziałem nikogo za mną z naszych. Tylko tubylców. Odwróciłem się to już Kapral był w wyjściu.
Seria z karabinu… mimo hałasu słyszałem ją tak wyraźnie jakby kule latały mi nad głową. Ciało Kaprala szarpnęły pociski wyrywające mu kawałki mięsa z tułowiu, zobaczyłem jak pocisk odrywa kawałek kości od czaszki Kaprala. Trysnęła krew. Zrobiło mi się słabo. Ktoś w oddali coś krzyczał, Wierzba ciągnął mnie za ramię.
Wyszliśmy na zewnątrz, kompletnie nic nie widziałem. Ktoś podbiegł do nas, nie rozpoznałem jego twarzy pomógł Wierzbie mnie odciągnąć na bok. Tuż za nami wybiegło kilku tubylców jednakże nie mieli oni szans tak jak i Kapral. Upadłem na twarz.

***

Ciemność. Cisza, spokój... nareszcie...

***

Obudziłem się pociągu. Wracaliśmy do Warszawy. W pociągu było jeszcze duszniej niż zazwyczaj. W powietrzu unosił się zapach brudu, potu i krwi. Rannych było tylko kilku, większość nie żyła. Większość osób w pociągu należała do plutonu kapitana Kijaka. Z Jedynki widziałem cztery osoby, nikogo z Dwójki, od nas byłem tylko ja i siedzący obok mnie Wierzba.
- Dlaczego? – zapytałem.
- Tam… zabili by nas wszystkich tyle że później. Nikt by po nas nie przyszedł, nikt nie wiedział czy żyjemy – odpowiedział Wierzba.
- Ale czemu… on…
- Bo by mnie zabili. Sytuacja była napięta. Nie było czasu. Wiesz.
- Na pewno było inne wyjście.
- To czemu go nie wymyśliłeś.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Odwróciłem głowę i patrzyłem na przesuwający się krajobraz… Epidemia…

28 lutego 2011

Kompania - część 4

Woda... po całej mojej twarzy spływała woda. Gdy nagle otworzyłem oczy zobaczyłem twarz Kaprala.  Wciąż znajdowaliśmy się w elektrowni, podczas gdy byłem nieprzytomny reszcie mojej drużyny udało się znaleźć dogodne miejsce do obrony. Widziałem kilka przewróconych szafek służących za prowizoryczną barykadę, ślepy korytarz który ułatwiał nam obronę ale sprawiał, że walczyć możemy tylko do śmierci, nie było drogi ucieczki, chłopaków rozstawionych po kątach, ukrywających się w mroku i wyczekujących wroga. Znałem Kaprala na tyle, że wiem, że nie zdecydowałby się na taką formę obrony gdyby nie był pewien, że nie jesteśmy w stanie pomóc Jedynce i że nie przedostaniemy się do pociągów. Jedyną szansą w takim wypadku było przygotowanie obrony i liczenie na to, że pluton kapitana Kijaka przybędzie z odsieczą.
- Ok? - zapytał Kapral.
Przytaknąłem tylko głową, wykorzystałem chwilę wytchnienia żeby sprawdzić swój stan. Głowa pulsowała mi jakby zaraz miała wybuchnąć, z czoła obficie lala się krew i gdyby nie pomoc Franka - naszego medyka, który założył mi opatrunek mogło by być ze mną znacznie gorzej. Ten tubylec to musiał być kawał chłopa skoro potraktował mnie jak szmacianą lalkę. Na tym kończyły się obrażenia mojego ciała, jednakże radiostacja, którą miałem na plecach szlag trafił. Skupiła się na niej cała siła uderzenia tubylca gdy wskoczył na me plecy.
- Chwile tu zostaniemy - odezwał się Kapral - sprawdź sprzęt i odpocznij. Jak będziesz potrzebny to Cię zawołam.
Kapral po chwili ociężale wstał i ruszył w stronę barykady. Nie pytał o radiostację więc wiedział o jej stanie. Wiedział, że wyjdziemy z tego żywi tylko pod warunkiem, że Żelazny Jeden wesprze drużynę Jarocińskiego i zdecyduje się przygotować kontruderzenie i oczyścić całą elektrownie z tubylców. Normalnie nawet nie marzyłbym o tym ale kapitan Kijak był zdolny do tego, on nie wycofywał się... nigdy i póki co zawsze mu się udawało.
Miejsce Kaprala zajął Wierzba Bohdanczuk, syn ukraińskich emigrantów, w kompanii kolejowej służył od niedawna wcześniej był w oddziałach szturmowych. Szturmani jak sami o sobie mówili mieli wydzierać Warszawę metr po metrze z rąk tubylców. I robili to. I płacili za to swoją krwią. W żadnej innej jednostce nie było tak wielu strat jak w oddziałach szturmowych. Służyli tam tylko najbardziej brutalni lub nieprzewidywalni żołnierze, wariaci, którzy uwielbiali igrać ze swoim życiem. Co tam robił Wierzba? Nie mam pojęcia, nie wiem też jak to się stało, że trafił do nas.
- Miałeś farta - zagadał mnie, wyjmując przy okazji zmiętoszonego papierosa - Kapral sam rozwalił tego pekińczyka i wyciągnął cię wprost spod tej hordy, o mało i jego drwali. Gdyby nie to że to Kapral to byś już nie żył... jak on to robi... pieprzony cyborg czy co?
Wzruszyłem ramionami, nie miałem ochoty rozmawiać, skupiłem się na mojej głowie która zaraz miała eksplodować. Wierzbie to nie przeszkadzało, on uwielbiał gadać mógł to robić za nas dwóch. Wyjął drugiego papierosa, którym mnie poczęstował. Rzadko palę ale tym razem skorzystałem z propozycji. Wierzba odpalił mojego i swojego papierosa.
- Ale jesteśmy w gównie. Połowa chłopaków nie ma już amunicji albo jest na ostatnim magazynku. I jeszcze nie mamy już gdzie się wycofać. - kontynuował Bohdanczuk - Ale co tam, jak zginąć to przynajmniej w dobrym humorze.
Bolała mnie głowa, denerwowało mnie to, a jeszcze bardziej wkurzał mnie Wierzba, skąd on brał ten optymizm. Czasami się zastanawiam czy wiedział w jakich czasach przyszło mu żyć. Może był chory psychicznie?
- Staszek, żyjesz? - Wierzba w końcu zorientował się, że już od dłuższego czasu go nie słuchałem.
- Jestem, łeb mnie... ledwo żyje.
- Spokojnie. Masz. - z kieszeni znoszonej kurtki Wierzba wyciągnął jakieś tabletki - To leki od mojej babki. Ukraińskie. Cholernie mocne. Nie pytaj skąd je mam.
Nie miałem nawet zamiaru pytać szybko połknąłem jedną tabletkę. Miała intensywny gorzki smak, który jeszcze godzinami utrzymywał mi się w ustach. Wierzba się uśmiechnął. Zawsze sprawiało mu sporo satysfakcji gdy komuś wcisnął swoje ruskie farmaceutyki.
- Wierzba jak tam nasza drużyna?
- Wszyscy są w porządku, jedynie ty dostałeś. Gorzej chyba jednak z Jedynką i Dwójką co?
- Nie wiem... wiesz... z Dwójką szybko straciliśmy kontakt.
- Cholera... to pewnie mocno dostali.
Dotarło do nas echo wystrzałów, znów coś zaczęło się dziać, ciężko jednak było określić gdzie dokładnie toczyła się walka.
- Myślisz, że to Kijak? - zapytałem.
- Pewnie tak. Wiesz przecież, że on nie odpuszcza.
- Wierzba, choć pójdziesz z Białym na patrol. Sprawdzicie najbliższe korytarze - krzyknął do nas Kapral.
Wierzba przytaknął głową i ruszył w kierunku Kaprala, chwile później pojawił się przy nim niski, szczurowaty chłopak z aparycją godną przeciętnego goblina. To był Biały, razem z Wierzbą stanowili parę naszych czujek i zwiadowców w drużynie. Obaj sprawdzili broń i przeskoczyli barykadę niknąc w mroku. Ja w końcu też wstałem i zająłem miejsce Białego na barykadzie. O dziwo nie bolała mnie już głowa, tabletki od Wierzby zaczęły działać zaskakująco szybko.

18 lutego 2011

Kompania - część 3

Korytarze były ciemne i śmierdziało w nich stęchlizną, prąd w całym budynku był odcięty co zbudzało jeszcze bardziej moją podejrzliwość i czarnowidztwo. Nie zapowiadało się to dobrze. Wiedziałem o tym zarówno ja, Kapral i reszta chłopaków z drużyny dlatego nikt nawet nie pozwolił sobie na wydanie najmniejszego dźwięku, choć do końca nie wiadomo czy mogłoby nam to pomóc w przypadku tubylców każdy wolał dmuchać na zimne. Poruszaliśmy się powoli, nawet bardzo powoli i w zwartej grupie. Lepiej było sprawdzać teren pół dnia niż dać sobie głupio odciąć drogę ucieczki. Jedynym świadectwem naszej obecności było światło latarek podwieszonych do naszej broni, które przemykało po ścianach i całej długości korytarzy. Nagle cisze przerwała kanonada wystrzałów, która rozniosła się po całej elektrowni. Jednakże ucichła równie nagle jak się rozpoczęła.
- Trojka, tu Jedynka jak nas słyszycie - odezwał się głos w mojej słuchawce radiooperatora.
- Tu Trójka, głośno i wyraźnie.
- To wy strzelaliście?
- Nie.
- Kurwa... nie możemy nawiązać kontakt z Dwójką - meldował głos radiooperatora z pierwszej drużyny.
To oznaczało, że nie jest dobrze. Jest źle. Nawet bardzo źle.
- Kontakt! Mamy kontakt! - krzyczał radiooperator Jedynki.
Nie zdążył nadać do końca komunikatu gdy po elektrowni rozniosły się kolejne odgłosy wystrzałów. Tym razem trwały nieprzerywalnie, strzelali długimi seriami. Co oznaczało, że nie jest tak źle... przynajmniej się bronią.
- Jedynka ma kontakt, Dwójka oberwała - zameldowałem Kapralowi.
- Wycofujemy się... nawiąż kontakt z Jedynką.
Tym razem nie zależało nam na zachowaniu ciszy. Ruszyliśmy biegiem w kierunku wyjścia w między czasie bezskutecznie starałem się nawiązać kontakt z Jedynką. Nikt mi nie odpowiadał byli zbyt zajęci walką o czym świadczyły ciągłe wystrzały, do których się zbliżaliśmy.
- Trójka... Trójka... potrzebujemy wsparcia. Otoczyli nas. Nie jesteśmy w stanie się przebić do wyjścia. Jesteśmy przy pokoju kontrolnym. Potrzebujemy wsparcia najszybciej jak się da. - Nowak musiał naprawdę głośno krzyczeć bym mógł usłyszeć to co mówi. Trwała tam naprawdę niezła sieczka.
- Kapralu, Jedynka potrzebuje wsparcia. Są przy pokoju kontrolnym - zameldowałem.
- Złap Kijaka. Niech wyśle kogoś do nas.
- Żelazny Dwa do Żelazny Jeden. Odbiór - cisza... - Żelazny Dwa do Żelazny Jeden.
Nic.
- Kapralu - odwróciłem się by zameldować o braku kontaktu, lecz zobaczyłem jak ten tylko unosi karabin.
Strzał, drugi... cała seria w ciemność za mną. Padłem ogłuszony tą kanonadą. Reszta chłopaków przyłączyła się do ostrzału, zaszli nas od tyłu.  Podźwignąłem się i złapałem za mojego kałacha i zacząłem strzelać. Bardziej jak na precyzję stawialiśmy na siłę ognia, naboje 7,62 idealnie do tego się nadawały. Kaprał dał sygnał do oderwania się, wzajemnie się kryjąc każda para żołnierzy odrywała się od wroga. W końcu zostałem tylko ja i Kapral, chłopaki z tyłu już rozpoczęli ogień zaporowy. Kapral odskoczył jako pierwszy, ja miałem kilka sekund zwłoki... za dużo. Poczułem silne uderzenie w tlecy... czarna sylwetka powaliła mnie na ziemię. Starałem się walczyć... ale byłem bez szans... straciłem przytomność.

***

Ciemność. Cisza, spokój... nareszcie...

07 lutego 2011

Kompania - część 2

Pociąg powoli sunął szynami wjeżdżając na most. Był to dla nas sygnał, że musimy trzymać się na baczności. Powiśle i jej fortyfikacje były ostatnimi przejawami cywilizacji w promieniu co najmniej 60 kilometrów. Skład, którym się poruszaliśmy mimo swojego wieku był porządnie wzmocniony, decydenci nie żałowali środków na swoją perełkę jaką była Kompania Kolejowa rozpowszechniająca cywilizacje na wschód od Warszawy aż do fortu w Mińsku Mazowieckim. Każde okno było osłonięte blachą pancerną z prześwitem pozwalającym aby na oddanie strzału. Dodatkowo na dachach były stworzone stanowiska karabinów maszynowych, które dawały nam wystarczającą siłę ognia. Gdy przejechaliśmy przez most sporadycznie było słychać wystrzały od strony lokomotywy. To był Waldek, nasz strzelec wyborowy pilnował by nikt nie wlazł nam na tory kiedy jedziemy.
Wschodnia Warszawa była innym miastem, zniszczone budynki, których nikt nie starał się odbudować, puste ulice to właśnie to mnie najbardziej przerażało, cisza i puste ulicy tylko wystrzały Waldka dawały nam pojęcie, że ktoś wśród tych zgliszczy czai się na nas. Pociąg rytmicznie przyspieszał nie mieliśmy za wiele czasu. Otrzymaliśmy meldunek, że elektrownia we Wschodniej Warszawie zasilająca między innymi trakcje kolejowe przestała wysyłać meldunki. Opcje były dwie. Albo zepsuła im się radiostacja i tym miał zająć się stary Frankowski albo... albo Epidemia... wtedy do akcji mieliśmy wkroczyć my.
Pierwsze posterunki prowadzące do elektrowni były opuszczone, nie musieliśmy się zatrzymywać by dostrzec ludzkie ciała zarówno naszych jak i tubylców. Wszystko przez Epidemię, oczywiście lepiej opowiedziałaby to jakaś mądra głowa z Szaserów, ja powiem tylko co ja wiem. Wirus potocznie nazywany chińską wścieklizną na cześć naszych prawdopodobnych agresorów wywierał niesamowity wpływ na ludzki organizm. Objawy grypopodobne szybko ustępowały u zarażonych, a w ich miejsce wchodziły nowe cechy. Główną z nich było ograniczenie funkcji życiowych do zaspokajania potrzeb pierwotnych, towarzyszyła temu niesamowita agresja w stosunku do osób niezarażonych, które rozpoznawane były... w sumie nie bardzo wiadomo po czym. Ja wierze, że po zapachu, ale równie dobrze to może być kolor białka oczu. Tak czy siak ludzie Ci szaleli, jak widzieli tylko któregoś z naszych. W takim wypadku pozostało nam strzelać do nich zanim oni dobiegną do nas, bo na używanie broni byli za głupi.
Pociąg w końcu stanął. Kapral zamaszystym ruchem otworzył drzwi po czym co sił w płucach krzyczał do nas.
- Koniec trasy, panowie! Brać dupę w troki, broń na auto!
Posłusznie odbezpieczyłem broń i ustawiłem tryb na automatyczny, ten był najskuteczniejszy na tubylców bo takiej wolałem nazwy używać. Chłopaki z kompanii mówili na nich pekińczyki, choć to równie durna nazwa jak większość z nich.
- Bednarski, nie rozmarzaj się tylko ubezpieczaj mnie! - wykrzyczał Kapral, po czym sam wyskoczył z pociągu.
Na placu byliśmy już ubezpieczani przez pluton kapitana Kijaka, starego trepa, który w armii służył pewnie jeszcze przed Wojną i Bóg jeden wie czemu dosłużył się tylko stopnia kapitana. Naszym plutonem dowodził porucznik Jarociński, solidny żołnierz będący w Kompanii praktycznie od początku jej istnienia, w cywilu był nikim innym jak konduktorem, ale los dał mu szanse i całe serce oddawał dowodzeniu. Miał tylko jedną wadę. Nie ogarniał. To był główny powód dlaczego wolałem się trzymać dowódcy mojej drużyny - Kaprala. To był jedyny człowiek jakiego znałem, który wiedział jak zabrać się do brudnej roboty.
- Pluton 1 z kapitanem Kijakiem zabezpieczy pociąg, podwórze i w razie konieczności będą osłaniać nasz odwrót - zaczął Jarociński - my natomiast podzieleni na trzy drużyny rozpoznamy teren. Drużyna pierwsza pod moim dowództwem wraz z inżynierem Frankowskim udamy się do centrum sterowania, sierżant Chotecki zbada północne skrzydło, natomiast Kapral weźmie swoją drużynę i przeszukają południowe skrzydło. Jakieś pytania?
Pytań nie było. Wziąłem radiostacje, której byłem operatorem i starałem się trzymać jak najbliżej Kaprala to on gwarantował mi przeżycie.

01 lutego 2011

Kompania - część 1

Światło w wagonie ledwo rozświetlało mrok. Dodatkowo przytłumiane było przez natłok ludzi obecnych w środku. Tam gdzie już docierał promyk światła towarzyszyły mu długie cienie ludzkich sylwetek. Całość nadawała całemu przedziałowi jeszcze bardziej klaustrofobicznego charakteru. Całość dopełniał wszędobylski smród potu i smaru do broni. Broni było równie dużo co samych postaci. Przeważały karabinki radzieckiej produkcji, które w swej żywotności przeżywały nawet karaluchy. W takich warunkach służyła kompania kolejowa. Był to dziwny twór w jeszcze dziwniejszych czasach, ot kolejna błyskotliwa propozycja decydentów z Warszawy. Koszty utrzymania i samowystarczalności kompanii, były tak wysokie, że w normalnym świecie nikt by takiego tematu nie podjął. Jednakże nie przyszło nam żyć w normalnym świecie. Każdy z nas w swej młodości miał do czynienia z różnymi wizjami świata po zagładzie. Zawsze było bardziej lub mniej kolorowo lecz jak zwykle rzeczywistość prześcignęła nawet najbardziej rozbuchaną wizję scenarzystów z Hollywood. Nikt nie spodziewał się tego w jaki sposób i kto nas tak załatwi. Szczerze to tu w Polsce do końca i tak nawet nie wiedzieliśmy kto nas tak załatwił. Straciliśmy słuch i oczy przy masowym ataku hakerskim na Europę, później to już tylko obserwowaliśmy wybuchające pociski nad naszymi głowami. Chociaż prowincjonalność Polski uratowała nam życie... Zachód oberwało się bronią A, Wschód bronią C, nam z tej wesołej wyliczanki trafiła się literka B jak biologiczna. Dzięki temu oprócz zniszczeń jakie dokonała broń konwencjonalna nie ponieśliśmy zbyt wielkich strat, choć z drugiej strony nie przyszłoby nam się teraz babrać w tym gównie. Zaczęło się niewinnie jakieś zachorowania, podwyższona gorączka, nikt na to w szpitalach nie zwracał uwagi. Urwane kończyny, skażenia promieniowaniem, które nadchodziło z Zachodu to były wyzwania dla naszych fleczerów, a nie jakiś tam katarek i temperaturka. Gdyby nie te mądre głowy ze szpitala wojskowego na Szaserów to może udałoby się uratować prawobrzeżną Warszawa... a tak... sraka. Cud, że przedmieścia zdążyli ewakuować.
- O czym tak myślisz Staszek?
- Co? Znaczy się słucham panie Kapralu? - głos wyrwał mnie z zadumy.
- Pytałem o czym myślisz?
- A... o... o Epidemii.
Kapral był wyjątkowym człowiekiem, był młodszy ode mnie, praktycznie od małego miał styczność z bronią, co sprawiało, że działał szybciej niż każdy z nas. Morderczo szybko.
- Epidemia mówisz... - czasem mnie zastanawiało czy cechą wszystkich kaprali było to, że są niscy - szkoda gadać Staszek wiesz jak jest. Albo my albo oni.
Kapral wyjął spod przetartej kamizelki, mocno zmiętoszonego papierosa i wsadził go do ust po czym powoli odpalił zapałką.
- A nie myśli Kapral czasem... no wiesz o tym wszystkim co się stało?
- Cholernie często Staszek... cholernie często.